Sukces w walce ze śmiercią? To nie zdarza się często…

UWAGA załoga. Wyjazd GBA, GCBA. Zabezpieczenie lądowiska LPR. Przeczytaj nowy felieton od Drogi ratownika! 🙂

„UWAGA załoga. Wyjazd GBA, GCBA. Zabezpieczenie lądowiska LPR.”

Wyjazd.

Zdarzenie w centrum miasta, przy basenie. Nie bez powodu mówi się, że „nigdy nie wiesz do czego jedziesz” i ta wątpliwość towarzyszy nam od początku. Po drodze dowódca wywołuje załogę HEMS na kanale KSWL U02 (149.90 MHz), następnie na ogólnopolskim kanale współdziałania wszystkich jednostek służby zdrowia (169.00 MHz).


Dojeżdżamy na miejsce. ZRM naziemny mamy na plecach, ratownicy medyczni udają się bezpośrednio do machających przy budynku ludzi. Załoga HEMS ląduje już samodzielnie na skrawku zieleni przy bloku z wielkiej płyty. Lądują po drugiej stronie budynku. My jeszcze tylko zabezpieczamy helikopter, którego wirnik nośny wytraca swoją prędkość. Dopytuję jakiegoś świadka, który widocznie sam chce nam powiedzieć co się dzieje podchodząc: „Tam na basenie reanimują faceta!”.


Ooookej. Dopiero wtedy dowiedziałem się co się dzieje (pierwsza minuta po przyjeździe). Po chwili kolega z drugiego wozu, przy tym ratownik medyczny, woła mnie, żebyśmy udali się na miejsce i byli w odwodzie do pomocy. Po przejściu przez cały basen dowiedzieliśmy się, że reanimacja trwa na siłowni, piętro niżej. Stąd już niedaleko, dreptamy mijając zszokowanych klientów.

Przed wejściem do siłowni trzy osoby „przyklejone” do siebie, słychać rozpacz, widać łzy. Uuugh. Weszliśmy na siłownię, załoga HEMS, ZRM „S”, dwóch ratowników WOPR, dwóch Panów z obsługi siłowni…

… i mężczyzna po 40. leżący w pozycji horyzontalnej z rozpostartymi na boki ramionami, leży w stroju sportowym na wyłączonej bieżni. Na bieżni bidon z wodą, telefon – nieświadomi i bezsilni bliscy świadkowie zdarzenia.

Ratownik wodny uciska klatkę piersiową, reszta sprzętu jest przygotowywana. Respirator, leki, przepinka z automatycznego AED, który został wcześniej pomyślnie użyty przez ratowników WOPR (z przekazu słownego „z 8 razy”… ale ich RKO trwało podobno 10-15 minut). Na miejscu w załodze HEMS jest lekarz, który wykładał na mojej uczelni i uczył mnie przedmiotów. Wiem, że gość jest specjalistą, niezmiernie opanowanym w dodatku. Nie raz koledzy z innych rejonów opowiadali o przyjemności współpracy z nim przy zdarzeniach. Wiem dobrze, że ludzi i sprzętu nie brakuje, ale cholernie brakuje czasu. Podobno NZK nie zostało zauważone od razu. Strata. Nikogo na tej siłowni akurat nie było. Czas, czas, czas…

Po chwili sprawnie udało się przejść na urządzenie do kompresji klatki piersiowej, kolega strażak przytrzymuje i obsługuje (wyłącza podczas analizy) urządzenie przez cały czas trwania reanimacji. Każdy coś robi. Ja trzymam płyny, co chwilę zerkając na umykające krople w przyrządzie do przetoczeń. To kapie czas.

Kolejny raz asystolia na monitorze. Zaczynam czuć odrętwienie. I tak nic z tego nie będzie… teraz po prostu każdy zrobi swoją rzecz… aż do smutnego końca.

Żona reanimowanego mężczyzny prosi „o przytrzymanie męża za rękę” – przekazuje nam ratownik WOPR wychylający się do środka, słychać rozpacz kobiety, niedowierzanie, płacz. Wchodzi do pomieszczenia, pada na kolana i nie robi ani kroku więcej. Widzi zsiniałą głowę, podłączony respirator (…). Zaczyna się zanosić. „Wróć do mnie…”, łka. Lekarz prosi, żeby jednak żona została na zewnątrz, bo to dla niej niewyobrażalny stres. Pisałem coś o odrętwieniu chwilę temu? Teraz poczułem pierwsze dreszcze na plecach. Dosłownie. To znak, że weszło w banie.

Mija +/- godzina reanimacji, to miała być ostatnia asystolia i kończymy. Lekarz i tak przedłuża czynności, mimo braku rokowania.

Reakcja żony mroziła nam krew w żyłach. Zaprzeczanie, wybuchy gniewu, uderzanie pięściami w ziemię, przeraźliwy wrzask, przeszywające pytania „dlaczego” i stwierdzenia „nie mam po co żyć”. O tym wszystkim czytałem, teraz znów widziałem. Dobrze, że nigdy nie pamiętam swoich snów. Mogłyby być głupie.

Bardzo chciałbym, żeby była to udana reanimacja, żeby siadło, żeby wszystko się dobrze skończyło, żebym mógł odpowiadać „udana reanimacja”, na pytanie „i jak?”.

Srak.

Nie ostatni raz, nie pierwszy, nie ma z czego się cieszyć.

Dotąd bezpośrednio uratowałem jedno ludzkie istnienie. Jedno. Nawet nie mam pewności na jak długo i w jakim zdrowiu. Wielu zwyczajnie pomogłem. Coraz większą pulę osób „pożegnałem”. Taka jest statystyka. Niekorzystna bardzo. Liczę to wszystko, bo statystyka to piękna nauka…

Gdy liczy się czas, 12 minutowy „dolot”, 10 minutowy dojazd, kilku minutowe odbieranie zgłoszenia i jego przekazywanie między służbami, większa odległość, czyjaś nieobecność na miejscu, czyjaś niewiedza, kilkuminutowa zaledwie zwłoka z rozpoczęciem uciskania i… szanse są znikome. (ale są!)

Można wtedy mieć wszystko i umieć wszystko. To na nic, gdy ktoś postanawia umrzeć, bo już dłużej nie zaczeka.

Widzę zrozpaczonego brata kobiety. „Najważniejsze jest by Państwo teraz nie zostali sami, przy Pani stale ktoś powinien czuwać. Proszę skorzystać z pomocy fundacji Nagle sami. Znaleźć kontakt w sieci…” – dobrze wiedziałem, że to nie jest najlepszy etap na udzielanie wsparcia informacyjnego, ale równie silnie czułem, że nikt po drodze nie wspomni o takiej możliwości, więc naturalnie powinienem spiąć tyłek i to powiedzieć. Powiedziałem.

Przemknęła mi przez myśl, że się wygłupiłem… chociaż bardzo chciałem pomóc. Swoją drogą muszę wspomnieć, że jestem pod wrażeniem pomocy jaką wykazuje wspomniana fundacja i głęboko wierzę, że zarówno infolinia jak i poradnik wydany przez nich dla osób w żałobie, „robi robotę”. Poradnik ten jest unikalną odpowiedzią na ludzkie potrzeby. Unikalną, bo temat wzbudza lęk i zniechęcenie, a z tego powodu niewiele wiemy na tematy umierania, żałoby i wsparcia psychologicznego w sytuacjach kryzysowych. Fundacja ta daje wiele odpowiedzi.

Kiedy skończyłem te trzy krótkie zdania zobaczyłem, że trafiam kulą w płot, brat żony zmarłego chwilę temu mężczyzny odparł niechętnie „nie, nie, ja nic teraz nie przyswajam, nie zapamiętam”. Kiwnąłem ze zrozumieniem bez słowa i odszedłem w kierunku wozu zostawiając smutek i rozpacz w stanie nienaruszonym. Trzeba zapomnieć. Kilka luźnych zdań z lekarzem LPR, zwykła gadka z kolegą i powrót do bazy…

[Felieton opisuje „spowiedź” jednego ze strażaków biorącego udział w prawdziwej akcji ratowniczej. Felieton nie stanowi relacji ze zdarzenia, pewne fakty co do miejsca, nie mające wpływu na główny wątek, mogły zostać zmienione.]

Autorem tekstu jest twórca popularnonaukowego bloga o tematyce ratowniczej.

“Droga Ratownika” – > Kliknij tu i przeczytaj inne wpisy<

2 thoughts on “Sukces w walce ze śmiercią? To nie zdarza się często…

  1. Jakbyś synku “uratował nie jedno życie” – jak piszesz, to wiedział byś że nie ma czegoś takiego jak służbą zdrowia. Jest ochrona zdrowia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Inline
Inline